Inspiracje

"Szczęście jest kwestią nawyku" (Arystoteles). Codziennie przypominam sobie, jaki piękny jest świat, ilu wokół jest dobrych ludzi i cieszę się z ich szczęścia. Dzięki temu też jestem szczęśliwa!


  SKOMENTUJ

I ricercatori hanno aggiunto i dolcificanti artificiali alla normale dieta di viagra cialis levitra prezzo topi di laboratorio, che hanno poi fatto registrare un aumento glicemico significativo e sviluppato cialis 20 mg 8 compresse prezzo la condizione di prediabete, caratterizzata da intolleranza al glucosio.

Attenzione esclusiva per una prezzo cialis in italia come comprare cialis in farmacia parte del corpo; zoofilia:

L’uomo e classificato acquisto cialis con postepay come lepre, toro o stallone, mentre la donna viene definita cerbiatta, giumenta o elefante, e ancora, classifica gli individui a seconda dell’intensita della passione di cui sono capaci e del ritmo con cui cialis soft tabs generika si dedicano all’amplesso.

Guarda la fotogallery nata come terapia per linfarto, rivelo acquisto cialis con postepay da subito ai ricercatori linedito “effetto collaterale” come vasodilatatore efficace nel cialis soft tabs generika favorire lerezione e combattere la disfunzione erettile.

Inoltre, la gamma delle sostanze impiegate prezzo di cialis si amplia perche, a differenza delle cistiti, piu varia precio del cialis de 5 mg e la gamma dei batteri allorigine della malattia.

Nella continua discussione sull?effettiva utilita cialis soft generico 20 mg di facebook, spunta fuori un utilizzo che pochissimi fino a oggi avrebbero anche solo cialis generico in farmacia italiana immaginato:

Diritto a visite e diagnosi hay cialis generico en farmacias cialis senza la ricetta in tempi ragionevoli.

Se la popolazione cialis generico si trova in farmacia invecchia, prezzo cialis originale farmacia le disfunzioni sessuali aumentano:

La soluzione comprare kamagra generico di lione e un farmaco kamagra vendita line galenico a pagamento, legato per oltre meta del prezzo al costo delle specialita medicinali.

Tra le interessanti conclusioni della ricerca kamagra generico 20 mg dal punto di vista psicologico, vi e anche quella che e chiaramente riportata come parziale conferma di uno kamagra 20 mg quanto costa stereotipo:

Makoshi (czyt.: makozi) przyjęli mnie serdecznie. To tradycyjny sposób zwracania się do siebie z szacunkiem. W osadzie jest pięć sangom i ja, jedyny ousider. Zaprosili moich przodków do ognia, i tych żyjących i tych, którzy poszli już do następnego życia. Ich energia pozostała i pomagała nam, żyjącym. Wieczorne ognisko to rytuał, to miejsce wyciszenia, nawiązania kontaktu ze sobą i antenatami. To również czas rozmowy i uświadomienia sobie, że my, Europejczycy, mamy zegarki, a Afrykanie mają czas. Są pod tym względem zdecydowanie bogatsi od nas. Wieczorny ogień to także medytacji. Sangomy udzieliły mi swego błogosławieństwa, okadziły wonnym dymem, by oczyścić moje myśli. Potem dookoła ognia powędrowały dymiące zioła. Wzięłam pęczek w dłonie i zgodnie z sugestią sangom, wciągnęłam dym. Pachniał trochę lawendowo. Spieszę uspokoić – to nie ziółka halucynogenne, ale tutejszy polny kwiat. Ma magiczne właściwości i używa się go do ceremonii mających na celu oczyszczenie i nawiązanie kontaktu z przodkami. Owiał mnie dym, wyciszyłam się, uśmiechnęłam do gwiazd. To było piękne przeżycie.
Sangomy budują chatę dla duchów przodków. Tam będą składać im podziękowania i prosić o opiekę, choć oczywiście robią to także podziwiając góry i niebo. W budowie pomagają ludzie ze wsi, której wódz dał mi pozwolenie na pobyt tutaj. Korzysta z rad sangom, w zamian mogą tu spokojnie żyć i praktykować. Ludzie żyją tu według zasad ubuntu, pradawnej zasady, że wspólnota jest najważniejsza i każdy powinien pomagać sobie nawzajem. Serdeczność nie ogranicza się do lokalnej społeczności, przybyszy również należy otoczyć opieką. I pomóc sangomom w budowie swiętego zakątka.

 

 

Podróż do osady sangom to niezłe wyzwanie, wbród rzeki. Stałam na pace Pick-Upa i piszczałam z radości jak dziecko;-)

 

2 dni temu wylądowałam w Johannesburgu, mieście o tak złej reputacji, ze niemal nikomu nie chce się dostrzec jego piękna: bujnej zieleni nawet w biednych częściach miasta, błękitnego nieba, eleganckich budynków, ptaków dziobiących trawniki. Wróciłam po niemal 8 latach i od razu poczułam się jak u siebie. Wciągnęłam powietrze i zamiast smogu poczułam afrykańskie lato. Wsiadłam do samochodu z kierownicą po drugiej stronie i, powtarzając sobie w myślach, że kierowca ma być od środka drogi a nie od chodnika, włączyłam się do ruchu. Po godzinie dotarłam do przyjaciół i zachłysnęłam ogrodem w pełnym rozkwicie. N trawniku pasły się perliczki i „wrzeszczoły”, czyli ibisy, które wrzeszczą zbijając się lotu jakby się bały wysokości.
Wczoraj wsiadłam ponownie za kierownicę z prawej strony i ruszyłam do Zululandu. I oto jestem, po środku niczego, albo – patrząc optymistyczniej – w sercu dziewiczych gór. Żeby to dojechać, musiałam zostawić mój samochodzik na parkingu i wsiąść do terenówki sangom. Makoshi Sarah, Makoshi Muvo i Makoszhi Jay przewieźli mnie wyboistą drogą z ubitego pomarańczowego piasku, w bród przez rzekę (tak, po wodzie!), na wzgórze pod gwiazdami. Inne tu niebo, południowe konstelacje, księżyc wschodzi o 22 rozświetlając niebo niczym wschód słońca. Droga mleczna na wyciągnięcie ręki. W życiu nie widziałam tylu gwiazd! W promieniu wielu kilometrów nie ma elektryczności. Korzystamy z toalety kompostowej, myjemy się w rzece, gotujemy na kuchence turystycznej. Dania wyłącznie wegetariańskie. Zmywamy w wodzie z rzeki i pijemy herbatę ugotowaną z tejże wody. Jest krystalicznie czysta, spływa z gór. Osada znajduje się na wzgórzu położonym w dolince. Otaczają nas zielone góry, płaskie, bo ząb czasu (albo wola duchów przodków) spłaszczyła ich szczyty.

 

Noc pod gwiazdami, chłodna i rześka. Dzień wstał upalny, afrykański. Lekki wiaterek znad rzeki nie łagodził promieni słonecznych, ale dla mnie było to błogosławieństwo. Wyjechałam z Polski, gdy na ziemi leżał jeszcze śnieg. Teraz mam pod stopami miękką trawę, wokół mnie grają świerszcze i cykady, błękit nieba usiany jest drobnymi chmurkami, które kładą cień na zboczach wzgórz. Majestatyczne góry odbijają spokojny śpiew sangom. To bardzo pokojowi ludzie, mądrzy ta starą mądrością sprzed tysięcy lat, mówiącą, ze człowiek częścią przyrody, ze  jest czas na śmiech i na płacz, na śpiew i na ciszę, na wieczorny ogień i poranny brzask. Wystarczyły dwa dni, a już czuję w sobie ciszę, powraca moje wewnętrzne światło, nabieram mocy. To moc kochania, dawania, ale i brania od ludzi i Matki Natury tego, co chcą mi dać.
Sangomy mówią, że jest we mnie światło, którego nie dostrzegam. Podobno duchy przodków pracują nade mną. Fakt, ze interesuję się szamanizmem od tak wielu lat, że od dziecka poszukuję prawd w różnych religiach, świadczy o tym, że przede mną jest oświecenie i szamańska droga. Mój pobyt tutaj nie ma nic wspólnego z przypadkiem. Jestem tu po to, by zrozumieć. Zrozumieć siebie, istotę szamanizmu, moc sangom i nawiązać kontakt z duchami. Dawniej się ich bałam, ze strachem myślałam o śmierci, od kilku lat śmierć i dusze zmarłych są dla mnie rzeczywistością. Nie tylko ma we mnie lęku ale jest pełna akceptacja. Czy sangomy mają rację? Nie wiem, czas pokaże…
W południe zjedliśmy uświęconego kurczaka. Został zabity rytualnie wczoraj wieczorem z pełnym szacunkiem dla jego życia i dla przodków. W chacie przodków zabrały się wszystkie sangomy, ja i siedem osób budujących chatę. Zdjęliśmy buty, usiedliśmy na matach i podzieliliśmy kurczakiem ugotowanym w wodzie z odrobina soli. Żadnych przypraw ani warzyw. Potrawa jest rytualna, a więc ma być prosta. Jedliśmy go z chlebem. Wywar piliśmy z jednej miski. Każdy upijał łyk i podawał dalej. Zulusi wierzą, ze taka zupa działa jak afrodyzjak i daje mnóstwo sił. Powiedziałam im, że to pierwsza zupa, jaką gotujemy dla niemowląt i na nas tak nie działa, bo się przyzwyczailiśmy do zjadania jej pięć razy w tygodniu. Na koniec kości kurczaka zostały ułożone na drewnianej tacy, które wszystkie sangomy i ja (poczytuję to sobie za zaszczyt) podnieśliśmy w górę i Makoshi Mama podziękowała duchom przodków.
Po południu afrykańskie mama skończyły budowę ścian chaty. Jest piękna. Trzeba tylko dokończyć dach. W środku znajduje się ołtarzyk, na których ofiaruje się potrawy duchom przodków. To forma okazania im szacunku. Mama są piękne w swojej obfitości. Narzekam na każdy kilogram, który mi przybywa, one potrafią się cieszyć swoim ciałem. Afrykańska kobieta powinna mieć duże piersi i okrągłe biodra. W biodrach i brzuchu tkwi nasza moc. Jesteśmy boginiami: dajemy życie, nosimy je pod sercem i karmimy naszą miłości, siłą i mocą. Dajemy miłość i odbieramy miłość brzuchem i biodrami. Dlaczego więc usiłujemy być chude i same pozbawiamy się mocy? Kto to wymyślił i po co? By zabić kobiecą moc? By zamienić nas w mężczyzn? To jedna z rzeczy, nad którą muszę się zastanowić.
Wieczorem sangoma rzuci dla mnie kości.

Wieczorem sangoma Baba Muvo rzucił dla mnie kości. To było niesamowite przeżycie. Star, pies sangom, przyszła do mnie i położyła się obok. Boję się psów, wszyscy moi przyjaciele to wiedzą. Ugryzły mnie cztery razy, więc teraz staję na baczność na ich widok. Nawet te przyjazne rzucają się na mnie, skaczą, by przywitać, a ja się boję. Star jest inna. To pies-sangoma, podobno ma zdolności lecznicze. Wczoraj właściwie to poczułam. Położyła się obok mnie, oparła swój bok o mnie, a ja poczułam jej ciepło. Sangoma powiedział, że czuwa nade mną, pomaga mi.
Przodkowie przekazali mi swoje błogosławieństwo, udzielili swej siły. Wyjaśnili niektóre zawiłości rodzinne. Sangoma nie mógł o nich wiedzieć, dużo mówię, ale tego akurat nie.
Najpierw sangoma poszedł na górę przygotować miejsce. Wybrał rzucającą cień skałę, cudne miejsce ukryte przed wzrokiem innych wśród drzew i krzewów. Rozpalił mały ogień, wrzucił do niego święte zioła. Miotełką zwaną shoba(czyt.: sioba) zrobioną zwłosia bawołu(wildebeest), który dla sangom jest świętym zwierzęciem, pełnym mocy. Shoba jest zuluskim dźwiękiem na szum ogona, który porusza się na wietrze. Shoba jest święta sama w sobie i jest używana do rozpraszania świętego dymu, by ogarnął jak największą przestrzeń i jak najwięcej ludzi.
Potem sangoma rzucił dla mnie kości. W bawełnianym zawiniątku, w którym je przechowywał, były również monety, kostka do gry, koraliki i kamyki. Ich ułożenie miało dla sangomy znaczenie i to znaczenie dla mnie odczytał. Mogłam zadawać pytania. Przodkowie nie dają prostych odpowiedzi. To nie wróżenie z kart. Nie powiedzą, kiedy dostanę pracę, czy kupię sobie dom, czy moje córki wyjdą za mąż. Oczywiście nie pytałam o takie rzeczy, ale nawet gdybym to zrobiła, odpowiedź brzmiałaby mniej więcej tak: „znajdź w sobie odpowiedź, znajdź siłę, powiedz, czego pragniesz i zastanów się, jak to osiągnąć, a potem zrób jasną intencję i my pomożemy ci osiągnąć cel”. Bardzo mądrze, wszyscy powinniścmy szukać mądrości w sobie.
Sangoma Baba Muvo rzucił dla mnie kości i rozmawia z moimi przodkami.

Mam tyle wrażeń, że zapomniałam wczoraj napisać o jeszcze jednym doświadczeniu. Jedna z sangom miała dostąpić uroczystości inicjacji. Przodkowie przesunęli ją na inny dzień, ale i tak baba Muvo zdecydował, że trzeba zaopatrzyć się w ofiarne kurczaki. Cała piątka sangom jest wegetarianami, ale mięso rytualne jest inne – zostało uświęcone i należy je zjeść, by w ten sposób zasilić energię swoich amadlozi, duchów przodków. Po obiedzie pojechałam z nim i Makoshi Jay po kurczaki. Nie są to byle jakie kurczaki, ale żyjące w warunkach naturalnych, hodowane przez ludzi, ale biegające sobie wolno. Zanim zwierzęta ofiarne zostaną wybrane, sangoma komunikuje się z nimi i pyta o zgodę. Dopiero, gdy wyrażą zgodę, zostają zabrane. Tak przynajmniej wyjaśnił mi Baba Muvo. Wszedł do kurnika i siedział tam dłuższą chwilę telepatycznie gawędząc z duchami ptaków. Potem przyszedł z dwoma kurczakami. Jeden z nich podróżował na moich kolanach. Był to biały ptak o bardzo miękkich piórach. Siedział sobie spokojnie, nie dziobał, nie drapał, dawał się głaskać. Pierwszy raz w życiu dotykałam kurczaka! Jestem miejskim produktem i świadomość, ze wiozę ptaka na rytualny ubój była dla mnie ogromnym przeżyciem!

Wiozę kurczaka do złożenia w ofierze. Dusza kurczaka podobno wyraziła zgodę.

Sangomy, jak i wszyscy szamani, podchodzą do człowieka w sposób holistyczny. Nie ma rozdzielenia na ciało i ducha, intelekt i uczucia, męski i żeński pierwiastek. To wszystko łączy się w jedność zwaną człowiekiem i gdy pomiędzy poszczególnymi elementami panuje równowaga, człowiek odczuwa harmonię wewnętrzną i jest szczęśliwy. Aby pomóc mi osiągnąć ten stan, sangomy zaproponowały mi rytuał oczyszczenia wodą. River Ceremony odbyła się rankiem w pobliskiej rzece, tej, z której czerpiemy wodę do mycia i picia. Tak jak w Polsce mam notoryczne problemy z trawieniem, tak woda z górskiej rzeki służy mi niezmiernie.
Najpierw Makoshi Baba i Makoshi Mama, najwyższe rangą sangomy, weszły do rzeki porozmawiać z jej duchami i wezwać duchy swych przodków. Grali na bębnach, oddawali cześć rzece. Potem Makoshi Baba przyszedł po mnie i wprowadził mnie do zimnej wody. Kamienie pod moimi stopami były okrągłe od przelewających się od tysiącleci nurtów wody. Weszłam w wodę po kolana i przy dźwiękach bębnów wezwałam duchy przodków oraz duchy wody. Rytuał był bardzo osobisty, powiem tylko, że musiałam wykrzyczeć z siebie to co mnie najbardziej boli, co blokuje przepływ życiowej energii we mnie i oddać to wodzie. Stałam przodem do nurtu i woda płynąc zabierała wszystko co mi przeszkadza w życiu ze sobą. Na koniec poczułam niezmierną potrzebę zanurzenia się w wodzie w całości i zaraz okazało się, że to jest naturalne zakończenie rytuału. Makozi Baba przy pomocy Makoshi Richarda położyli mnie dwukrotnie na dnie rzeki i w ten sposób woda zabrała resztki złej energii ze mnie. Było to cudowne, radosne uczucie, napełniło mnie wigorem i chęcią życia, radością, jakiej od dawna nie czułam. Nie ważne, czy to autosugestia czy działanie duchów wody i moich przodków i przodkiń. Ważne, że poczułam się po tym cudownie i to uczucie dodało mi sił.

Rytuał oczyszczania wodą

Noc pod Drogą Mleczną, zimna, ale w sercu płonie ogień. Co to był za dzień! Po południu Makoshi Baba i Makoshi Richard wznieśli chatę do rytuału Hlangniso. Celem tej ceremonii jest wyrównanie poziomów energii kobiecej i męskiej, którą każdy z nas ma w sobie. Gdy zbliżał się zachód słońca, zebraliśmy się wokół ogniska, na którym gotowało się muti, napar z uzdrawiających ziół, kory drzew i krzewów. Muti miało kolor bordowy i mocny, korzenny zapach. Zostało wniesione do chaty, by tam parować.Zostałam dokładnie nasmarowana czerwona glinką symbolizującą męski pierwiastek. Weszłam do chaty parowej i – zgodnie z instrukcjami sangom – wezwałam męskich przodków i skupiłam się na męskich cechach mojej duszy. Po chwili dołączyły do mnie dwie sangomy, a właściwie twasa, czyli uczniowie sangom, już praktykujący, ale jeszcze przed ostateczna inicjacją. Medytowaliśmy do momentu, gdy uznaliśmy, że czas wyjść.
Wyjście z parowej sauny na rześkie, chłodne, górskie powietrze jest niezłym szokiem dla organizmu, ale gdy na głowę wylali mi ciepłe muti, a potem zaczęło ono odparowywać ze mnie… Brr…. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak zmarzłam. Sangomy otuliły mnie kocami. Tych im nie brakuje, ponieważ tradycyjnie każda inicjowana sangoma daje swojemu mistrzowi lub mistrzyni koc. Okryta usiadłam przy ogniu i czekałam cierpliwie na rozwój wydarzeń.

Rtyal Parowy

Sangomy wezwały mnie ponownie i tym razem nasmarowały biała glinką, symbolem kobiecości. Weszłam do chaty parowej. W życiu nie czułam się tak szczęśliwa, że jestem kobietą! Chciało mi się tańczyć i śpiewać. Śmiałam się i czułam obecność wszystkich wspaniałych kobiet z mojej rodziny, ich moc, kobiecą siłę i opiekę. Zdecydowanie, kobiecy pierwiastek jest u mnie silniejszy i muszę popracować nad męskim. Po wyjściu znów zostałam obmyta, ale większość glinki została na skórze na noc.

Po tak intensywnym dniu jak wczorajszy, musiałam mieć wyraźne sny. I jasno do mnie przemówiły: ma równoważyć pierwiastek męski i żeński w sobie. Łatwo powiedzieć, znacznie trudniej wykonać, ale oczywiście będę nad tym pracować. Ranek nie był najprzyjemniejszy – musiałam dokończyć Hlangiso, a to oznacza nie mniej nie więcej wypicie wczorajszego muti. Wywar nabrał przez noc mocy. Najpierw musiała napić się wody, a potem muti i zwrócić zawartość żołądka. Miała się po tym poczuć „jak milion dolarów”, ale nie lubię zwracać. Nikt chyba nie lubi, a sangomy przechodzą ten rytuał dość często. Zrobiłam, co nakazuje obyczaj i poczułam się silna i zdrowa. A potem pochłonęłam kosmicznie wielkie śniadanie. To samo działo się ze mną wczoraj. Gdy tylko spojrzałam na budowę chaty parowej, ogarniał mnie wilczy głód. Chyba nigdy nie zjadłam tyle co wczoraj! Pochłaniałam jedną porcję za drugą i… nie przybył mi nawet centymetr! Potrzebowałam mnóstwa energii, by przejść oba rytuały skutecznie. To niesamowite ile nasze ciało potrzebuje energii by zasilić mózg!


W kuchni pracowaliśmy wszyscy i zawsze smakowało wspaniale. Stałam się fanką kuchni wegetariańskiej.
Pożegnalna fotka zrobiona przez Makoshi Sarah, u mych stóp wyjątkowy piec sangom imieniem Star (Gwiazda).

Koło południa opuściłam „moje” sangomy i wraz z Makoshi Jay pojechałam do świętego miejsca sangom, do Giants Castle Game Reserve. Swą nawę miejsce zawdzięcza „stołowym” górom o spłaszczonych szczytach, które okolicznym mieszkańcom kojarzą się z zamkami olbrzymów. Jeśli powiem, ze widoki zapierają dech w piersiach, to i tak nie oddam piękna i spokoju tego miejsca. Dla turystów to cudne góry i malowidła ludu San, zwanego Buszmenami. Dla szamanów i teraz również dla mnie, to miejsce święte, pełne pradawnej mocy, w którym szamani czcili Matkę Naturę w jej nieopisanym pięknie i potędze. Mieszają się tam wszystkie żywioły: woda w rwącej rzece i spienionych wodospadach, ziemia w majestacie gór, ogień słońca oświetlającego drogę wędrowcom i zasilającego życie, powietrze w górskim wietrze. A wszystko razem manifestuje się w bujnej zieleni kojącej oczy. Cuda Natury, których nie odda żadne zdjęcie, choć bardzo się starałam.

Giant's Castle w Górach Smoczych.

Obecność Sangomy i cudna natura wprawiają mnie w euforię.

Makoshi Jay przeżyła tę podróż bardzo silnie. To była część jej drogi ku głębszemu wtajemniczeniu. Dzięki niej odczułam całą potęgę i świętość tego miejsca. Odprawiła rytuał pozdrowienia przodków wszystkich ludzi, paląc wonne zioła i rozpraszając dym na wszystkie strony świata. Będzie mi jej bardzo brakować, jej radości życia, pewności, że wszystko leży w naszych rękach, jeśli tylko będziemy uczciwie pracować, by osiągnąć cel. Widząc nasze wysiłki i pamiętając o przodkach, dostajemy ich wsparcie i pomoc – to głębokie przeświadczenie wszystkich sangom. Nie wiem czym malowidła zawiniły Brytyjczykom, ale gdy tylko się do nich dorwali, zniszczyli co się dało. Dziękujemy Wielka Brytanio, za twój wkład w rozwój ludzkości i wartości humanitarnych!

Malowidła ludu San zwanego też Buszmenami

Eland, największa antylopa świata i święte zwierzę Buszmenów

Golden Gate zawdzięcza swoją nazwę pomaraczowo-żółtym skałom, w których wieczorne słońce płonie żywym złotem. Zadnia barwy mienią się i pokazują, jak zmieniała się Ziemia. Żółć i czerwień to piaskowce, czarne nacieki to bazalt, twarda skała, prze którą nie umieją się przebić korzenie drzew. Przez pozostałe skały potrafią. Wystarczy jedno nasionko i odrobina ziemi, by roślina zapuściła korzenie i urosła, chwaląc Matkę Naturę, Ojca Słońce, Matkę Księżyc, Siostrę Wodę i Brata Powietrze za życiodajną siłę. Tak przynajmniej wierzą szamani.

Wielobarwna skala w Górach Smoczych, Golden Gate National Park. Besotho do dzisiaj mieszkają w okrągłych chatach, które dają im chłód latem i ciepło zimą. I mieszkają w cudownych Górach Smoczych.

Besotho do dzisiaj mieszkają w okrągłych chatach, które dają im chłód latem i ciepło zimą. I mieszkają w cudownych Górach Smoczych.

Co za cudowny Dzień Kobiet! To mój dzień wypoczynku. Jadę sobie spokojnie przez te cudne rejony na północy Gór Smoczych i śmieję się do całego świata. Po drodze zobaczyłam znak wskazujący wioskę Besotho. To lud, który zamieszkuje te rejony, również Lesotho. Besotho jest częścią wielkiej grupy Bantu, do której należą też wojowniczy Zulusi i Masajowie, ale Besotho są spokojni, pokojowi. Wieś jest pięknie utrzymana i choć to atrakcja turystyczna, wyraźnie pokazuje styl życia Besotho od XVI wieku do dziś. Była tam duża szkolna wycieczka, dwoje Niemców (niezwykle serdecznych, zaprosili mnie na herbatę i spędziliśmy razem ponad godzinę) i ja. Dzieciaki zrobiły mi mnóstwo zdjęć, widocznie jestem sympatyczna;-) Bardzo podoba mi się, gdy uczniowie noszą mundurki. To likwiduje różnice finansowe przynajmniej na czas szkoły, buduje poczucie wspólnoty, które my, Europejczycy, zatraciliśmy, a które w Afryce jest najważniejsze, daje poczucie bezpieczeństwa. Fajne, uśmiechnięte dzieciaki, pełne radości życia;-)

Fantastyczne dzieciaki z pobliskiej szkoły.

Piję tradycyjny, pszenny napój dla kobiet. Mężczyźni piją wersje alkoholizowaną. Wszyscy piją z jednej miski, od ponad tygodnia piję wodę z rzeki i w życiu nie byłam zdrowsza;-)

 

Wieczorem dotarłam do Clarens, miasteczka tuż nad granicą Lesotho. Jutro wybieram się tam, by poznać kolejne sangomy i styl życia mieszkańców.

Co za dzień! Właściwie nie wiem od czego zacząć. Może więc od Deana. Dean prowadzi jedyną firmę, która ma licencję na wjazd na 1 dzień do Lesotho (w przeciwnym razie trzeba tam spać), więc jeśli będziecie się tam chcieli wybrać to go poznacie (www.tourstolesotho.com). Dean ma w sobie taka energie taką pogodę ducha, ze każdy kto zaczyna o 6.30 dzieńz Deanem jako przewodnikiem, kończy z Deanem przyjacielem. Uwielbiam takich ludzi. Gdy zaczęliśmy ustalać szczegóły mojej wyprawy w góry, Dean zapytał mnie, czy słyszałam o sangomach i wyjaśnił kim są. Szybko wyjaśniłam mu, ze są przedmiotem moich badań naukowych i bardzo chcę się spotkać z sangomami z Lesotho, pod warunkiem, ze będą autentyczne, a nie jedynie atrakcją dla turystów. Poprzez swoje lokalne kontakty, Dean znalazł dla mnie dwie sangomy i zatrudnił Daniela z ludu Besotho jako tłumacza. Sangomy bowiem nie mówiły po angielsku.

Dean, ja i Góry Maluti

Pierwszą sangomą, którą odwiedziliśmy, był przystojny trzedziestoparolatek imieniemNatefe. Po czym można poznać domostwo sangomy? Jest większe i czystsze niż pozostałe. Sangomy są duchowymi przywódcami i choć jedne specjalizują się w ziołolecznictwie a inne w rzucaniu kości, zawsze maja wysoka pozycję. Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie zadzierał z sangomą! Choć sangomy uczą się prastarej tradycji, ich sposób pracy różni się nieznacznie między sobą. To logiczne, każdy lekarz ma swój styl, podobnie jak artysta. Natefe potrząsnął woreczkiem z kośćmi i innymi przedmiotami, które mają dla niego znaczenie, wysypał mi je na dłonie i kazał w nie tchnąć mego ducha, jak również przywołać moich przodków i przodkinie. Potem potrząsnęłam kośćmi i rzuciłam je na ziemię. Jak jedna sangoma coś ci mówi, to możesz sobie wierzyć lub nie, ale jak mówi ci to piąta z rzędu, to już się poważnie zastanawiasz. A jedną z  pierwszych rzeczy jakie usłyszałam było, ze zwiążę swoje życie z Afryką, że będę tu wracać i w ten sposób zarabiać na życie. Nie minęło kilka godzin, a już dogadaliśmy z Deanem interes. Będziemy wspólnie organizować wyprawy do Lesotho. Jeśli ktoś z Was ma ochotę na duchową wyprawę, a nie jakieś tam zwiedzanie i bieganie po pagórkach, to jestem do usług. I Dean, i sangomy też;-)

Sangoma Natafei

Obdarzam kości swym tchnieniem

Jeśli jeszcze w zakamarkach mojej głowy czaiły się jakieś wątpliwości co do mocy sangom, to z całą pewnością przestały po spotkaniu z sangomą Mamothibeli. Co za kobieta! W życiu kogoś takiego nie spotkałam! Ani ona kogoś takiego jak ja;-) Zarzuciłam ją setką pytań w kontekście mojego doktoratu. Wielu było trudnych i bardzo osobistych. Gdy sangoma jest twasa, czyli uczniem, nowicjuszem, obowiązują ją (jego) bardzo restrykcyjne zasady: wiele potraw jest zakazanych, trzeba zapomnieć o seksie, pozbyć się dumy i oddać ludziom. Pytałam ją, jak przetrwała ten czas, jak sobie poradziła, czy miała wątpliwości, czy się bała. Odpowiadała szczerze. Potem zeszłyśmy na „babskie” tematy i tak się uśmiała, że kazała zawołać swojego męża, by mnie poznał. „Ponad 30 lat praktykuję i nikt mnie o nic nie pytał. Każdy pyta tylko o swoje zdrowie, miłość i pieniądze.” Cieszyła się, że może mi opowiedzieć o swoim życiu, ja opowiedziałam jej trochę o moim, choć specjalnie nie musiałam się wysilać, bo w kościach zobaczyła, co się ze mną dzieje, począwszy od problemów zdrowotnych, poprzez rodzinne, po marzenia. Nie pytajcie, skąd sangomy to wiedzą. Nie mam zielonego pojęcia. Patrzą w kości, pytają duchy przodków i dostają odpowiedź. Mówiąc kolokwialnie, to się w pale nie mieści, ale się sprawdza. Dean przetestował czytanie z kości na własnej skórze i też oniemiał. Powiedział, że warte to było każdych pieniędzy. Mamothibeli tak mnie polubiła, że nazwała mnie swoją przyjaciółką i podarowała eliksir szczęścia dla moich córek, mamy i mnie. Jak wrócę, odprawimy rytuał. Chcecie wierzcie lub nie wierzcie… Na wszelki wypadek wolę zrobić, co mi każą.
                Mamothibeli jest chrześcijanką. Rzucając kości pomodliła się do Boga, potem wezwała duchy przodków. Jakby to przełożyć na język katolicki, to jest to bardzo logiczne. Dusze zmarłych, zamiast się nudzić albo cierpieć w czyśćcu, naprawiają swoje przewinienia służąc żywym. Zanim ostatecznie zjednoczą się z Bogiem, pójdą do nieba albo gdziekolwiek mają iść, pozostają do naszej dyspozycji i służą swoją pomocą i opieką. Dlaczegóż więc nie wezwać ich na pomoc? Czym różni się ofiarowanie jedzenia przodkom od pomalowania jajek i zaniesienia ich na grób (jak to się robi na wschodzie Europy z Polskimi rubieżami włącznie) albo od zapalania świeczek na grobach? W rzeczywistości intencja jest ta sama, tylko nazwa różna. No i Afrykanie nie boją się słowa „śmierć” i rozmawiania o zmarłych.

Sangoma Mamothibeli przykłada trzcinę do ucha, by usłyszeć głos przodków.

Sangoma Mamothibeli z mężem. Naprawdę dobrze się ze mną bawili;-) Obiecała wysłać im film, który nakręciłam. Mamothibeli też powiedziała, że wrócę do Afryki nie raz. Tym razem zakochałam się w tym kawałku świata na zabój! I mam nadzieję, że jest to miłość odwzajemniona;-)

 

 

Nie jestem szalona, naprawdę, nie będę się porywać na przejechanie tysiąca kilometrów w jeden dzień. Patrzę więc na mapę i co widzę? Gdzieś w połowie drogi jest Kimberly, miasto, które powstało niemal na pustyni, bo 150 lat temu pewien mały chłopiec bawił się nad brzegiem rzeki Orange i znalazł kamień. Trochę przypominał szkiełko, trochę kwarc, był inny niż reszta kamieni. Biały, mleczny, lekko przejrzysty. Chłopiec zabrał go do domu i bawił się nim, póki jakiś utrudzony wędrowiec nie złożył im wizyty i… nie zapragnął zabrać kamienia ze sobą. Przemierzywszy lądy i morza kamień trafił do geologa, który ze stuprocentową pewnością stwierdził, iż jest to… diament. Tak, diamenty w stanie naturalnym są zupełnie bez blasku, dopiero po oszlifowaniu i staniu się brylantami, nabierają królewskiego dostojeństwa i zachwycają.
Odkrycie spowodowało największą w dziejach świata gorączkę diamentową. Odważni i zdesperowani, mądrzy i naiwni, silni i słabowicie, awanturnicy, prostytutki, księża… Wszyscy poddali się szaleństwu kopania i marzeniom o bogactwie. Znalazł się też taki, co nie kopał, ale sprytnie kupował ziemię i zatrudniał okoliczną ludność na skandalicznych warunkach, niewiele różniących się od niewolnictwa. Nazywał się Cecil Rhodes, był chorowity ale bezwzględny. Jak inni biali pilnował, aby przeszukano każdego czarnego pracownika. Nie miało znaczenia kim był ów człowiek, kolor skóry sprawiał, ze kolonizatorzy traktowali go jako potencjalnego złodzieja i istotę niższej kategorii. W 1888 roku Rhodes wykupił udziały praktycznie wszystkich firm diamentowych, które powstały w Kimberly i założył najbardziej znane konsorcjum diamentowe: De Beers Company, działające do dziś. Rechot historii – w nowej, demokratycznej republice Południowej Afryki firma nie może być całkowicie biała, w zarządzie muszą być przedstawicie wielu ras; w ten sposób jedna z najbardziej rasistowskich firm RPA zyskała czarnego prezesa. Z całym szacunkiem do określeń „czarny” i „biały”, gdyż konstytucja RPA oraz tutejsze ustawodawstwo wyraźnie mówią o kolorach skóry i dają czarnym (jako pokrzywdzonym historycznie) preferencje. Ale o tym pisałam już w „Za głosem sangomy”, teraz chciałabym o czymś innym.

Matka Ziemia. Karmi nas, nosi nas, poi czystymi źródłami… Jak odwdzięcza się jej człowiek? Brudzi, smrodzi, zanieczyszcza, wyrywa z jej trzewi węgiel, metale, diamenty… Tak, tak, wiem, bez węgla i metali nie można żyć. A diamenty? Ha, nie zastanawiałam się nad tym aż do dziś, dopóki nie zobaczyłam dziury w ziemi tak ogromnej, ze aż zakręciło mi się w głowie. Półtora kilometra średnicy to więcej niż obejmuje moja kamera, to autentyczny, fizycznie odczuwalny zawrót głowy. Musiałam się oprzeć o barierkę by nie spaść. Ogrom tej rany jest porażający. Najpierw wykopywano ją od góry, potem, gdy rozrosła się tak, że już się kopać nie dało, zbudowano szyb i od dołu drążono Ziemię. Dziura w Kimberly stała się największą rana zadaną Ziemi przez człowieka, tak wielką, ze widać ją z kosmosu. Aż w końcu Matka Ziemia zapłakała i jej łzy zalały ranę. To co widzicie na zdjęciu to tylko 30% głębokości, 70% znajduje się pod wodą. Diamenty pewnie też, ale wody nie da się odpompować.  Hasłe De Beers brzmi „Brylanty są wieczne”. Wieczna jest też rana matki Ziemi…

Największa rana w łonie Matki Ziemi

Jechała przez Kalahari i przypomniała mi się piosenka „O czym marzy dziewczyna, gdy dorastać zaczyna”. Tyle, że w wersji dla kierowców, bo moje marzenie właśnie się spełniało… Przede mną prosta droga i… nic…. Kierowcy, znacie to uczucie? Nie? To znaczy, ze jechaliście nigdy przez Afrykę. Zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie, ze na przestrzeni kilkuset kilometrów nie ma żadnej cywilizacji: żadnych miast, wsi, pól uprawnych ani nawet lasu. Przed Wami prosta droga, autostrada do nieba, po bokach nieograniczona niczym przestrzeń, pusta, dziewicza, czasem tylko przemknie jakiś struś albo antylopa. Na tym polega urok podróżowania po Południowej Afryce. Tak spełniło się moje marzenie kierowcy. Choć zdjęcie zrobiłam tuż przed Kuruman, więc pojawiły się druty elektryczne.

Tylko droga i ja.

Tak wyglądała moja podróż z Kimberly do Kuruman, wiecznej oazy na południowych rubieżach Kalahari. Kuruman jest brzydkie, podobnie jak Kimberly i zdecydowana większość afrykańskich miast i miasteczek: chaotyczna zabudowa, zupełnie bez ładu i składu, każdy dom inny, jeden sklep brzydszy od drugiego, ale w wielu tych mieścinach są perełki, które warto zobaczyć.Kuruman prawdopodobnie zawdzięcza swą nazwę wodzowi ludu San, który został zabity przez innego wodza. Od zawsze było to święte miejsce. Bije tu krystalicznie czyste źródło, które każdego dnia obdarza okolicę 20 milionami litrów wody! Starczy dla wszystkich, na podlanie roślin też. Od zawsze istniała tu oaza i od zawsze dbano o źródło. Najpierw robili to San, potem inne ludy, w końcu biali. I tak jak generalnie biali nie zapisali się specjalnie dobrze w pamięci Afrykanów, trafił się jeden, którego pokochali. Był to wielebny Robert Mofat.

The Eye, czyli źródło dające życie Kuruman.

 

Mofatprzybył w te okolice w 1820 roku ze swoją odważną żoną Mary i natychmiast zaczął uczyć się lokalnego języka. Wkrótce poprosił lokalnego wodza o zezwolenie na założenie misji i otrzymał jego zgodę. Mofat był zupełnym przeciwieństwem tradycyjnego misjonarza, skupionego na nawracaniu. Doskonale rozumiał, że aby rozwijać potrzeby duchowe, należy najpierw zaspokoić je najbardziej podstawowe, życiowe. Zaczął więc od budowania domów dla tych, którzy zechcieli mu pomagać przy budowie kościoła, stodół dla ich plonów i zwierząt. Zjednał sobie okoliczną ludność pracował tu 50 lat. Był autorem pierwszego przekładu Biblii na język afrykański. Mofat opracował ortografię setswana w kooperacji ze swymi lokalnymi przyjaciółmi, wprowadził wersje pisaną tegoż języka i założył szkołę, by dzieci mogły nauczyć się pisać i czytać. Biblia w języku setswana została wydana w 1872 roku na ręcznej prasie, którą do dzisiaj można oglądać w misji.

MoffatMission w Kuruman działa do dziś.

 

 

Kościół kryty strzechą jak lokalne domostwa i zachowany w bardzo dobrym stanie, jest podobno największym 19-wiecznym kościołem w Afryce. Jest w nim 800 miejsc siedzących! Zbudowano go w kształcie litery T, z ołtarzem i chrzcielnicą po środku, jest nadal używany zgodnie ze swym przeznaczeniem.

Wnętrze kościoła w MoffatMission. Na podłodze (porządnym klepisku z pomarańczowej, lokalnej ziemi) płatki róż, niedawno odbył się tu ślub.

 

Highlights