Inspiracje

"Szczęście jest kwestią nawyku" (Arystoteles). Codziennie przypominam sobie, jaki piękny jest świat, ilu wokół jest dobrych ludzi i cieszę się z ich szczęścia. Dzięki temu też jestem szczęśliwa!


  SKOMENTUJ

RPA, Kapsztad, czerwiec 2015 r.

Sangoma rzuciła kości. Właściwie nie musiała tego robić. Od początku czuła, że wokół Amerykanina skupia się zła energia. Minęło dziesięć lat od czasu, gdy przybyła do Afryki, i jej zmysły były teraz kilkakrotnie bardziej wyostrzone, niż gdy po raz pierwszy odwiedziły ją duchy przodków.  Jej matka urodziła się w Kapsztadzie w czasach apartheidu. Służyła w domu bogatych białych, tak jak prawie wszystkie Afrykanki. Zaraz po upadku apartheidu angielska rodzina zabrała ją do swej posiadłości pod Essex. Wzięła ze sobą swoją nastoletnią córkę Marię. I tam Maria się wychowała. Tu nikt nie znał jej „białego” imienia. Od duchów przodków otrzymała imię Mutsa, co znaczyło Łaska Boża.(…)

  Biali nie wierzyli w opowieści o sangomach. Były dla nich równie nierzeczywiste, co wróżki i krasnoludki. Maria — obecnie Mutsa — choć czarna, myślała podobnie, mimo że matka starała się wpoić jej jak najwięcej kultury jej ludu. Z Amerykaninem było jeszcze inaczej. Gdy zyskał zaufanie największych zbirów Khayelitshy*, spytał, czy mają tu sangomę i czy może z nią porozmawiać. Była niechętna, ale obiecał zakupić żywność, która starczyłaby dla dzieci jej ludu na miesiąc. Uległa.

Amerykanin zaczął się niepokoić. Sangoma zwykle od razu mówiła mu, że jest w niebezpieczeństwie albo że może spać spokojnie. To było jego czwarte spotkanie z nią i trzy poprzednie przepowiednie sprawdziły się w całości. Ufał jej, choć było to całkowicie sprzeczne z jego pragmatycznym podejściem do życia.

- Gdy wszedłem, miałem wrażenie, że odczuwasz aurę wokół mnie — powiedział.
- Tak, Robercie, odczuwam silniej niż kiedykolwiek... Ale postanowiłam skonsultować się z duchami przodków...
- Co chcą mi przekazać czcigodni przodkowie? — spytał po długiej chwili milczenia.
- Napij się i opowiedz mi o swych planach — powiedziała sangoma, podając mu piwo pszenne.(…).
***  

         Dojechały pod Muzeum Oceanograficzne. Wiktoria miała do niego sentyment z dzieciństwa. To było ich ulubione miejsce w RPA. Oprócz fantastycznie kolorowych ryb i podziemia z pingwinami i fokami, była tu również sala dla dzieci, gdzie mogły się bawić zabawkami związanymi z morzem, rysować i biegać z innymi dzieciakami.

         Wysiadła z samochodu i umówiła się z Lindą za cztery godziny. Chciała mieć czas, po prostu poszwędać się wśród starych domków zbudowanych przez kolonizatorów brytyjskich i holenderskich ponad dwieście lat temu. Było to jedno z bardzo niewielu miejsc w Afryce, gdzie mogła się czuć bezpieczna. Przynajmniej tak się jej wydawało.


         Spędziła w muzeum godzinę, po czym poszła nad kanał, aby zobaczyć, czy foki nadal skaczą wśród przepływających jachtów. Most był opuszczony, jachty stały zacumowane wzdłuż nabrzeża, a foki skakały nieświadome, że obserwują je turyści z całego świata.

         Rozejrzała się wokół. Wszystko wyglądało tak jak pamiętała – czerwona wieża z zegarem, białe i niebieskie domki, kramy z pamiątkami i ekskluzywne Victoria and Albert Shopping Centre stojące wzdłuż kanału. Śmieszyło ją określanie Kapsztadu miastem pełnym zabytków. Owszem, te małe domki miały dużo uroku, ale jej słowo zabytek kojarzyło się z Kościołem Mariackim w Krakowie i katedrą Notre Dame w Paryżu.

          Ostatni raz rzuciła okiem na foki i ruszyła w stronę kramu z pocztówkami. (…) Gdy zbliżała się do kramu, usłyszała krzyki. Obróciła się. Młody, czarny mężczyzna w porwanej koszuli biegł w jej stronę. Za nim biegło trzech innych. Podbiegł do niej, wcisnął jej coś w rękę i krzyknął po angielsku:

- Zabierz to do Lalibeli! I nie otwieraj!

         W tym momencie poczuła silne szarpnięcie. Ktoś złapał ją od tyłu i pociągnął pomiędzy budynki. Usłyszała strzały i krzyki. Gdy podniosła głowę, ujrzała Roberta. Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, zasłonił jej usta ręką i pokręcił głową. Skinęła na znak, że rozumie. Złapał ją mocno za rękę i zmusił, by za nim pobiegła. Biegli, dopóki zupełnie nie straciła tchu. Byli poza Waterfrontem, w dzielnicy eleganckich biurowców.
- Co się stało? – spytał Robert.

          Dopiero teraz uświadomiła sobie, że ma zaciśniętą pięść i coś w niej ściska. Otworzyła dłoń. Na środku leżała czarna, drewniana figurka przedstawiająca kobietę w ciąży. Miała około dziesięciu centymetrów wysokości i wyglądała na wyrób afrykański, aczkolwiek kobieta nie miała kręconych włosów. W ogóle ich nie miała.

           - Podbiegł do mnie młody Afrykanin wcisnął mi to w rękę i powiedział, żeby zabrała do Lalibeli. I żebym nie otwierała – wysapała.
- Lalibeli? – spytał Robert z niedowierzaniem. – Lalibela jest w Etiopii!
- Wiem, gdzie jest Lalibela! Chodziłam do szkoły! Tak powiedział. Co się stało potem?
            Robert zawahał się i wbrew sobie skłamał:
- Nie wiem, zobaczyłem cię chwilę wcześniej, gdy do ciebie podbiegał. Myślałem, że chce cię porwać, więc cię złapałem.
            Wiktoria spojrzała mu głęboko w oczy.
- Nie wierzę ci. Słyszałam strzały i krzyki, gdy mnie ciągnąłeś. Jesteś w to zamieszany? Czego ode mnie chcesz?
- Oszalałaś? Chciałem cię chronić! Nie chciałem ci mówić, że go zabili. Do tej pory pewnie ci się to nie przytrafiło.
- Nie…

 

[1]    Khayelitsha — slumsy na przedmieściach Kapsztadu, w języku khosa oznacza "mój nowy dom".

[2]    Afrykanie to mieszkańcy Afryki, Afrykanerzy to potomkowie białych kolonizatorów pochodzenia holenderskiego. W czasach apartheidu praktycznie cała władza była w ich rękach. Afrykanerem był równierz prezydent Frederik de Klerk, który zrozumiał, że nie da się dłużej utrzymać apartheidu i przekazał władzę w ręce Nelsona Mandeli.

Wybierz sie w fotograficzną podróż Za głosem Sangomy

Highlights