Inspiracje

"Szczęście jest kwestią nawyku" (Arystoteles). Codziennie przypominam sobie, jaki piękny jest świat, ilu wokół jest dobrych ludzi i cieszę się z ich szczęścia. Dzięki temu też jestem szczęśliwa!


  SKOMENTUJ

 Zastępcza rezydencja ambasadora należała do najlepiej zachowanych domów postkolonialnych i znajdowała się w dobrej dzielnicy. Mimo iż dom nie był duży, w zupełności wystarczał na potrzeby trzyosobowej rodziny. Matka i córka oswajały pomału nowe miejsce, zastanawiając się nad jego przeszłością. Jednak ani gosposia, ani kierowca
nie umieli powiedzieć nic na temat dawnych mieszkańców. Oglądały więc nieliczne stare obrazy na ścianach, dotykały delikatnie rzeźbionego oparcia sofy, kładły głowę na poduszkach, zastanawiając się, jakie marzenia snuły na nich poprzednie mieszkanki. Bella wiedziała, że dom ma jeszcze strych, ale nie zdążyła tam zajrzeć. Postanowiła zrobić to dzisiaj. Założyła ciemne dżinsy, czarną koszulkę i pełne buty. Nigdy nie wiadomo, co może pełzać po podłodze. W końcu była w Afryce, a tu owadów i węży było pod dostatkiem. Wzięła również latarkę. „Prawdziwa wyprawa” – pomyślała i rozbawiła ją ta myśl.

 Po krętych schodach wspięła się na górę. Przyjrzała się stopniom i barierce. Stopnie schodów były tak ciemne i wyślizgane, że z pewnością pochodziły z bardzo dawnych czasów. Barierka niestety była nowa i z przykrością zauważyła, że stolarz, który ją wykonał, nie
przyłożył się za bardzo do pracy. Dziwne, że obecnemu właścicielowi to nie przeszkadzało. Stanęła przed zamkniętymi na haczyk drzwiami. Haczyk dał się z łatwością unieść i Bella pchnęła stare drzwi. Zaskrzypiały lekko i ustąpiły. Ostrożnie zajrzała do środka.

 W pierwszej chwili nie zobaczyła niczego. Pomieszczenie wyglądało na nieodwiedzane przez wieki, pełne kurzu i dusznego powietrza. Gdy jej oczy przyzwyczaiły się do mroku, podeszła do małego okienka i otworzyła je. To samo zrobiła z pozostałymi. Sklepienie było niskie, dach nie izolowany, więc upał dawał się mocno we znaki. Gdy patrzyło się z dołu, z ulicy czy ogrodu, okna były ledwie dostrzegalne – niewielkie, owalne lusterka odbijające słońce. Od wewnątrz wyglądały jak tajemne drzwi do świata światła i wiatru. By je uchylić, musiała przedzierać się przez złomowisko gratów.

– Boże, czy nikt tu nigdy nie wchodzi? – spytała na głos.

         Rozejrzała się wokół. Tuż obok jej nóg znajdowała się stara lampa pokryta pajęczyną. Na wszelki wypadek poświeciła latarką w poszukiwaniu właściciela pajęczyny, ale wyglądało na to, że nie żył od kilkudziesięciu lat. Jednak doświadczenie nauczyło ją, że należy zachować ostrożność. Nigdy nie wiadomo, które stworzenie może być jadowite.

         Wokół niej stały zakurzone okrągłe pudła na kapelusze, odrapany stół i coś, co przykuło jej uwagę natychmiast. Wielka, drewniana skrzynia pomalowana niegdyś na zielono, stała na uboczu, jakby czekała, by ktoś do niej podszedł. Coś ją ciągnęło w tamtą stronę. Spróbowała podnieść wieko. Było zbyt ciężkie, a może to łuszcząca się farba zablokowała zamek. Sięgnęła po leżący w pobliżu pręt i podważyła pokrywę.

         Wstrzymała oddech. W środku, na stercie starych sukien leżał oprawiony w brązową skórę zeszyt. Wzięła go do rąk, zdmuchnęła kurz i ostrożnie otworzyła. Na wewnętrznej stronie okładki było przyklejone zdjęcie młodej kobiety. Bellę uderzyło niezwykłe ujęcie.

         Kobieta miała rozpuszczone, ciemne włosy, opadające luźno na ramiona i uśmiechała się do fotografa. Zdjęcie sygnowane datą 12 lipca 1905 roku z pewnością nie było utrzymane w konwencji swoich czasów. Bella pamiętała zdjęcia swoich prababek. Wszystkie siedziały sztywno z włosami upiętymi w kok i poważną miną. To ujęcie wyglądało jakoś tak swobodnie i może dlatego zdjęcie znalazło się w dzienniku, zamiast stać na półce w ramce. Sto lat temu pokazane publicznie wywołałoby skandal. Spojrzała na stronę obok. Elizabeth
Humpstead. Angielka wśród Francuzów. Dziennik afrykański.

         Bella usiadła na skrzyni i zapadła się w suknie. Natychmiast podskoczyła przerażona, pamiętając jak w swej bieliźnie w Nigerii znalazła węża. Rozejrzała się wokół. Na razie nie chciała znosić dziennika na dół. Usadowiła się na starym stole, starłszy uprzednio kurz halką wyjętą ze skrzyni. Przewróciła pierwszą stronę...

Bamako, 2 lipca 1905 roku.
Dzisiaj kończę dwadzieścia cztery lata i gdyby moja droga matka żyła, powiedziałaby mi, że jestem starą panną i nie dbam o opinię o rodzinie. Choć bardzo za nią tęsknię, cieszę się, że nie muszę słyszeć tych słów. Ojciec już dawno pogodził się z faktem, iż nie pozwolę się wydać za mąż tylko dlatego, że tak wypada, i dał mi prawo do decydowania o moim życiu. Bardzo mu jestem za to wdzięczna.

Gdy przybyłyśmy tu z matką cztery lata temu, sądziłyśmy, że zostaniemy kilka miesięcy i wrócimy do Londynu. Niestety zabrała ją malaria, mimo usilnych starań doktora Mirabeau, który z całych sił walczył, by ją uratować. Ojciec przebywał wtedy w górach na granicy pustyni i badał dzikie zwierzęta. Doktor Mirabeau przychodził najpierw raz dziennie, potem dwa lub trzy i śmiem podejrzewać, że nie chodziło mu tylko o zdrowie matki. Myślę, że mam rację, gdyż rozmawiał ze mą długo za każdym razem i ciągle powtarzał, jak niezwykłą niewiastą jestem i jaką mam wiedzę. To prawda, dzięki podróżom ojca i ku jego radości (ku rozpaczy zaś matki), czytałam wszystkie książki napisane przez podróżników, jakie udało mi się kupić w Londynie. Były to zarówno łacińskie teksty Ptolemeusza, który myślał, że Niger płynie na zachód, jak i listy mojego ojca, zawsze obfitujące w rozliczne informacje, których żadna kobieta w naszej rodzinie prócz mnie czytać nie chciała.

„Nie rozumiem, co cię mogą obchodzić dzikusy biegające po pustyni – mawiała matka, a ciotki dodawały: Zupełnie nie pojmuję, po co Henry opisuje nam te wszystkie zwierzęta! Czyż nie ma tam nic ciekawego?” (…)
Dla mnie listy ojca były najciekawszą lekturą mojego dzieciństwa. (…) Matka nie okazywała entuzjazmu, ale mnie gnało w dal, dal palącego słońca, spieczonej ziemi i czarnych ludzi. Ludzi, którzy wiedli ciężki żywot, byśmy my mogli wieść lekki. Tych przemyśleń oczywiście również nie wypowiadałam na głos, ale tak wynikało z listów mojego ukochanego ojca.
I tak oto jestem tu, wspominając ostatnie cztery lata, rozmyślając o odejściu matki, która, co prawda, mnie nie rozumiała, ale – w przeciwieństwie do innych matek – pozwalała ojcu na moją edukację; myśląc ciepło o doktorze Mirabeau, który mógł być tylko moim przyjacielem, gdyż miał już żonę i dwie córki, i zastanawiając się, co będzie dalej. (…)

         Bella podniosła wzrok znad zeszytu. Nie mogła uwierzyć własnym oczom. Czyżby w opuszczonym zakamarku domu znalazła kogoś, kto pomoże jej oswoić samotność? Jakże niezwykła musiała być ta kobieta, skoro uśmiechała się na zdjęciu, nosiła rozpuszczone
włosy, dyskutowała z lekarzem i nie poddała się presji wyjścia za mąż! (…)

         Pospiesznie przerzuciła kartki dziennika. Były cienkie i pożółkłe, ale zachowały się w dobrym stanie. Suche powietrze Sahelu dobrze zakonserwowało papier. Jakimś cudem nie pożarły go też szczury. Na myśl o szczurach, które w Afryce potrafią osiągać rozmiary małego królika, Bella rozejrzała się ze swego stanowiska na stole i postanowiła jednak wrócić do własnego pokoju.

Fotograficzna podróż "Wśród Żaru Sahelu"

 Zastępcza rezydencja ambasadora należała do najlepiej zachowanych domów postkolonialnych i znajdowała się w dobrej dzielnicy. Mimo iż dom nie był duży, w zupełności wystarczał na potrzeby trzyosobowej rodziny. Matka i córka oswajały pomału nowe miejsce, zastanawiając się nad jego przeszłością. Jednak ani gosposia, ani kierowca
nie umieli powiedzieć nic na temat dawnych mieszkańców. Oglądały więc nieliczne stare obrazy na ścianach, dotykały delikatnie rzeźbionego oparcia sofy, kładły głowę na poduszkach, zastanawiając się, jakie marzenia snuły na nich poprzednie mieszkanki. Bella wiedziała, że dom ma jeszcze strych, ale nie zdążyła tam zajrzeć. Postanowiła zrobić to dzisiaj. Założyła ciemne dżinsy, czarną koszulkę i pełne buty. Nigdy nie wiadomo, co może pełzać po podłodze. W końcu była w Afryce, a tu owadów i węży było pod dostatkiem. Wzięła również latarkę. „Prawdziwa wyprawa” – pomyślała i rozbawiła ją ta myśl.

        Po krętych schodach wspięła się na górę. Przyjrzała się stopniom i barierce. Stopnie schodów były tak ciemne i wyślizgane, że z pewnością pochodziły z bardzo dawnych czasów. Barierka niestety była nowa i z przykrością zauważyła, że stolarz, który ją wykonał, nie
przyłożył się za bardzo do pracy. Dziwne, że obecnemu właścicielowi to nie przeszkadzało. Stanęła przed zamkniętymi na haczyk drzwiami. Haczyk dał się z łatwością unieść i Bella pchnęła stare drzwi. Zaskrzypiały lekko i ustąpiły. Ostrożnie zajrzała do środka.

         W pierwszej chwili nie zobaczyła niczego. Pomieszczenie wyglądało na nieodwiedzane przez wieki, pełne kurzu i dusznego powietrza. Gdy jej oczy przyzwyczaiły się do mroku, podeszła do małego okienka i otworzyła je. To samo zrobiła z pozostałymi. Sklepienie było niskie, dach nie izolowany, więc upał dawał się mocno we znaki. Gdy patrzyło się z dołu, z ulicy czy ogrodu, okna były ledwie dostrzegalne – niewielkie, owalne lusterka odbijające słońce. Od wewnątrz wyglądały jak tajemne drzwi do świata światła i wiatru. By je uchylić, musiała przedzierać się przez złomowisko gratów.

– Boże, czy nikt tu nigdy nie wchodzi? – spytała na głos.

         Rozejrzała się wokół. Tuż obok jej nóg znajdowała się stara lampa pokryta pajęczyną. Na wszelki wypadek poświeciła latarką w poszukiwaniu właściciela pajęczyny, ale wyglądało na to, że nie żył od kilkudziesięciu lat. Jednak doświadczenie nauczyło ją, że należy zachować ostrożność. Nigdy nie wiadomo, które stworzenie może być jadowite.

         Wokół niej stały zakurzone okrągłe pudła na kapelusze, odrapany stół i coś, co przykuło jej uwagę natychmiast. Wielka, drewniana skrzynia pomalowana niegdyś na zielono, stała na uboczu, jakby czekała, by ktoś do niej podszedł. Coś ją ciągnęło w tamtą stronę. Spróbowała podnieść wieko. Było zbyt ciężkie, a może to łuszcząca się farba zablokowała zamek. Sięgnęła po leżący w pobliżu pręt i podważyła pokrywę.

         Wstrzymała oddech. W środku, na stercie starych sukien leżał oprawiony w brązową skórę zeszyt. Wzięła go do rąk, zdmuchnęła kurz i ostrożnie otworzyła. Na wewnętrznej stronie okładki było przyklejone zdjęcie młodej kobiety. Bellę uderzyło niezwykłe ujęcie.

         Kobieta miała rozpuszczone, ciemne włosy, opadające luźno na ramiona i uśmiechała się do fotografa. Zdjęcie sygnowane datą 12 lipca 1905 roku z pewnością nie było utrzymane w konwencji swoich czasów. Bella pamiętała zdjęcia swoich prababek. Wszystkie siedziały sztywno z włosami upiętymi w kok i poważną miną. To ujęcie wyglądało jakoś tak swobodnie i może dlatego zdjęcie znalazło się w dzienniku, zamiast stać na półce w ramce. Sto lat temu pokazane publicznie wywołałoby skandal. Spojrzała na stronę obok. Elizabeth
Humpstead. Angielka wśród Francuzów. Dziennik afrykański.

         Bella usiadła na skrzyni i zapadła się w suknie. Natychmiast podskoczyła przerażona, pamiętając jak w swej bieliźnie w Nigerii znalazła węża. Rozejrzała się wokół. Na razie nie chciała znosić dziennika na dół. Usadowiła się na starym stole, starłszy uprzednio kurz halką wyjętą ze skrzyni. Przewróciła pierwszą stronę...

Bamako, 2 lipca 1905 roku.
Dzisiaj kończę dwadzieścia cztery lata i gdyby moja droga matka żyła, powiedziałaby mi, że jestem starą panną i nie dbam o opinię o rodzinie. Choć bardzo za nią tęsknię, cieszę się, że nie muszę słyszeć tych słów. Ojciec już dawno pogodził się z faktem, iż nie pozwolę się wydać za mąż tylko dlatego, że tak wypada, i dał mi prawo do decydowania o moim życiu. Bardzo mu jestem za to wdzięczna.

Gdy przybyłyśmy tu z matką cztery lata temu, sądziłyśmy, że zostaniemy kilka miesięcy i wrócimy do Londynu. Niestety zabrała ją malaria, mimo usilnych starań doktora Mirabeau, który z całych sił walczył, by ją uratować. Ojciec przebywał wtedy w górach na granicy pustyni i badał dzikie zwierzęta. Doktor Mirabeau przychodził najpierw raz dziennie, potem dwa lub trzy i śmiem podejrzewać, że nie chodziło mu tylko o zdrowie matki. Myślę, że mam rację, gdyż rozmawiał ze mą długo za każdym razem i ciągle powtarzał, jak niezwykłą niewiastą jestem i jaką mam wiedzę. To prawda, dzięki podróżom ojca i ku jego radości (ku rozpaczy zaś matki), czytałam wszystkie książki napisane przez podróżników, jakie udało mi się kupić w Londynie. Były to zarówno łacińskie teksty Ptolemeusza, który myślał, że Niger płynie na zachód, jak i listy mojego ojca, zawsze obfitujące w rozliczne informacje, których żadna kobieta w naszej rodzinie prócz mnie czytać nie chciała.

„Nie rozumiem, co cię mogą obchodzić dzikusy biegające po pustyni – mawiała matka, a ciotki dodawały: Zupełnie nie pojmuję, po co Henry opisuje nam te wszystkie zwierzęta! Czyż nie ma tam nic ciekawego?” (…)
Dla mnie listy ojca były najciekawszą lekturą mojego dzieciństwa. (…) Matka nie okazywała entuzjazmu, ale mnie gnało w dal, dal palącego słońca, spieczonej ziemi i czarnych ludzi. Ludzi, którzy wiedli ciężki żywot, byśmy my mogli wieść lekki. Tych przemyśleń oczywiście również nie wypowiadałam na głos, ale tak wynikało z listów mojego ukochanego ojca.
I tak oto jestem tu, wspominając ostatnie cztery lata, rozmyślając o odejściu matki, która, co prawda, mnie nie rozumiała, ale – w przeciwieństwie do innych matek – pozwalała ojcu na moją edukację; myśląc ciepło o doktorze Mirabeau, który mógł być tylko moim przyjacielem, gdyż miał już żonę i dwie córki, i zastanawiając się, co będzie dalej. (…)

         Bella podniosła wzrok znad zeszytu. Nie mogła uwierzyć własnym oczom. Czyżby w opuszczonym zakamarku domu znalazła kogoś, kto pomoże jej oswoić samotność? Jakże niezwykła musiała być ta kobieta, skoro uśmiechała się na zdjęciu, nosiła rozpuszczone
włosy, dyskutowała z lekarzem i nie poddała się presji wyjścia za mąż! (…)

         Pospiesznie przerzuciła kartki dziennika. Były cienkie i pożółkłe, ale zachowały się w dobrym stanie. Suche powietrze Sahelu dobrze zakonserwowało papier. Jakimś cudem nie pożarły go też szczury. Na myśl o szczurach, które w Afryce potrafią osiągać rozmiary małego królika, Bella rozejrzała się ze swego stanowiska na stole i postanowiła jednak wrócić do własnego pokoju.

Francois arrete ainsi achat propecia generique france sa propecia commander therapie.

Hormis le cas particulier de la grossesse et de lallaitement, les facteurs de risque pour linfection par le vih/sida sont commander du propecia acheter finasteride ceux qui favorisent le contact des muqueuses avec le sang (y compris le sang des regles) et les secretions sexuelles (sperme et secretions vaginales).

Ce fut propecia generique 50mg quelque chose d’assez brutal.

Dans la plupart des cas, meme si elles sont pharmacie ligne vente propecia propecia generique 50mg jugees inesthetiques ou genantes, elles ne necessitent pas d’intervention chirurgicale.

Elle est egalement plus frequente chez les femmes avec des problemes emotifs.langoisse les femmes peuvent craindre des douleurs propecia commander pendant les rapports sexuels prix du propecia au canada a cause de la secheresse vaginale ou dautres changements dans le vagin.

« achat propecia pilule toi aussi, tu es fan des mugs en forme acheter propecia en ligne de vache ?

Se montrer futile et detachee comme il commander du viagra a souvent tendance a nous idealiser et a nous achat de veritable viagra classer dans la categorie « fille bien », on va lui prouver que c’est tout le contraire.

Avec elles, je acheter du viagra par internet me comporte en champion des preliminaires, que je fais durer le plus longtemps prix viagra pharmacie lyon possible pour ne plus avoir a faire que deux ou trois va-et-vient avant de jouir.

Il y a plusieurs questionnaires approuves pour evaluer le fonctionnement sexuel achat pilule viagra et les effets des demandes prix du vrai viagra de reglement.

En effet, apres une breve evaluation de leur etat de sante mentale, notre experience et surtout nos evaluations sexocliniques nous ont permis de comprendre et d’aider efficacement des hommes et des femmes adultes qui etaient restes fixes, dans leur developpement sexuel, a des modes acheter du viagra fiable d’excitation sexuelle et a un prix vente viagra pharmacie imaginaire peu favorable au coit.

Highlights