Inspiracje

"Szczęście jest kwestią nawyku" (Arystoteles). Codziennie przypominam sobie, jaki piękny jest świat, ilu wokół jest dobrych ludzi i cieszę się z ich szczęścia. Dzięki temu też jestem szczęśliwa!


  SKOMENTUJ

 Zapraszam Was  w podróż śladami Wiktorii i Dagmary. Tam, gdzie nie mogłam dotrzeć sama, dotarli moi przyjaciele. Gdy zdjęcie nie pochodzi z moich archiwów, jest podpisane nazwiskiem fotografa.

 

Na zdjęciu: Sangoma z uczennicą.

„Drewniane drzwi uchyliły się i pokazała się w nich stara kobieta. Była tęga, jej wielkie, ciężkie piersi zakrywał jedynie naszyjnik z kolorowych koralików. Jej nogi, od kostek po kolana, zdobiły bransolety, opaski, koraliki. Kobietom z ludu Ndebele i wielu innych ludów zakładano takie ozdoby na nogi, gdy zaczynały wchodzić w okres dojrzewania. Nie dało się ich później zdjąć. Miały im uniemożliwiać bieganie i utrudniać chodzenie, by przypadkiem nie uciekły od mężów. Sangomy nie miały od kogo uciekać. Nie wolno im było wychodzić za mąż, obowiązywała je całkowita wstrzemięźliwość seksualna.”

 

 

Na zdjęciu: Białe lewki w creshu, czyli „żłobku” dla zwierząt. Białe lwy to gatunek wymierający, w RPA żyje ich dziewiętnaście, wszystkie z rezerwatach przyrody.

Fotograf: Alina i Tomek Pszczółkowscy

„Wiktoria roześmiała się. Ani ona, ani jej siostra nie lubiły wizyt w parkach safari. Lubiły głaskać małe lewki w creshu, ale oglądanie zwierząt przez szybę było dla nich najnudniejszym zajęciem, jakie mogli wymyślić dorośli.”

Przylądek był jednak ciekawy – prócz ogromnej ilości zawsze głodnych
i pokrzykujących pawianów było tam mnóstwo kolorowych jaszczurek i węży. Wiktoria pamiętała gąsienicę, która tak zachwyciła ją swym pięknem, że chciała ją zabrać ze sobą do domu. Było to długie na dziesięć centymetrów zwierzątko, z czarnym tułowiem
i niezwykle włochatymi bokami. Obie strony jej ciała pokrywały długie, żółto-pomarańczowe włosy. Tak, to zdecydowanie było jedyne pełzające zwierzę, jakie kiedykolwiek miała ochotę

dotknąć, pozostałe wolała oglądać na odległość.”

Na zdjęciu: Przylądek Dobrej Nadziei, wzburzony Ocean Atlantycki.
„Przewodnicy zawsze opowiadali turystom, że to tutaj łączy się Atlantyk z Oceanem Indyjskim. W rzeczywistości oceany łączyły się prawie dwieście kilometrów dalej, na Przylądku Igielnym. Niemniej turyści płacili za ciekawe doznania, więc przewodnicy niezmiennie wskazywali im jasną wodę w połowie półwyspu i ciemną na końcu. Woda była dokładnie taka sama i należała do tego samego oceanu, z tą tylko różnicą, że wydawała się ciemna tam, gdzie dno było kamieniste.”

Na zdjęciu: Pingwiny na Przylądku Dobrej Nadziei.

„- Czy nadal są tam te małe pingwinki? – spytała Wiktoria. – Pamiętam nasze rozczarowanie, jak je zobaczyłyśmy. Myślałyśmy, że pingwiny są dwa razy większe! Rodzice musieli nam tłumaczyć, że jest wiele rodzajów pingwinów i te wcale nie są gorsze od dużych! - Tak, nadal tam są, choć już nie ma tylu turystów co dawniej – westchnęła Linda. – Gdy zaczęły się zamieszki między Zulusami i Khosa, bogaty Johannesburg przeniósł się tutaj. Turystów jednak ubyło. – Cóż, teraz my oglądamy pingwiny! – dodała."

Na zdjęciu: Kapsztad, ekskluzywne Victoria & Albert Shopping Center.

„Wysiadła z samochodu i umówiła się z Lindą za cztery godziny. Chciała mieć czas, po prostu poplątać się wśród starych domków zbudowanych przez kolonizatorów holenderskich i brytyjskich ponad dwieście lat temu. Było to jedno z bardzo niewielu miejsc w Afryce, gdzie mogła czuć się bezpieczna. Przynajmniej tak jej się wydawało.”

Na zdjęciu: Kapsztad, fragment Waterfront.

„Rozejrzała się wokół. Wszystko wyglądało tak, jak pamiętała – czerwona wieża z zegarem, białe i niebieskie domki, kramy z pamiątkami i ekskluzywne Victoria and Albert Shopping Centre stojące wzdłuż kanału.”

Na zdjęciu: Znak ostrzegawczy, w wodzie widać grzbiety hipopotamów.

            „Wiktoria rozejrzała się wokół. Po obu stronach drogi falowała woda. Wiatr marszczył powierzchnię. Przy drodze stał trójkątny znak drogowy ostrzegający przed hipopotamami i krokodylami. Mimo że widziała taki znak wcześniej, uśmiechnęła się. W końcu dla Europejczyka mógł być całkiem zabawny.”

Na zdjęciu: Karoo, czyli „Wielkie Nic” przez tubylców nazywane „Ziemią Wielkiego Pragnienia” (The Land of the Great Thirst).

          „Dotarli do Karoo. Krajobraz rzeczywiście był księżycowy. Płaska przestrzeń nie dająca się ogarnąć wzrokiem. Spalona słońcem trawa, trochę krzewów i co jakiś czas „płaskie” góry. Cała ta wielka równina była upstrzona górami stołowymi, wyglądającymi jak porozrzucane zabawki olbrzymów. Strome stoki wyrastały ni stądm, ni zowąd ze spalonej słońcem równiny, by nagle się kończyć, jakby ktoś je obciął nożem.”

Na zdjęciu: Stado dzikich psów.

„Obecność ludzi nie była im potrzebna. Chłonęli otaczający ich krajobraz. Robert uwielbiał wielkie przestrzenie, jeszcze bardziej lubił zwierzęta. Minęli również stado łaciatych dzikich psów z okrągłymi uszami i ostrymi zębami. Leniwie wygrzewały się w zimowym słońcu. Przez Karoo można było jechać godzinami, nie napotkawszy żadnego samochodu.”

 Na zdjęciu: Struś złośliwie zagradzający drogę mojemu samochodowi.

 

„- A wiesz, że strusie spełniają tu rolę psów obronnych?

 

- Co?!

 

- Tak, właśnie dlatego, że są takie agresywne. Wypuszcza się je na noc z zagrody
i strzegą domostwa. Podobno nikogo nie wpuszczą i nie dadzą się przekupić kiełbasą.”

 Na zdjęciu: Przykład malowideł buszmenów. Grota w Karoo.

„Podjechali do góry i wysiedli z auta. Po krótkich oględzinach spostrzegli dziurę w skale. Weszli do środka, Robert zapalił latarkę i oświetlił wnętrze. Ściany pokrywały portrety polujących mężczyzn, namalowane rdzawo-czerwonym barwnikiem. Rzucali dzidami w rogate antylopy o brązowych grzbietach i białych brzuchach. Uciekające zwierzęta przypominały springboki.

 

- Niesamowite – wyszeptała Wiktoria. – Malowidła buszmenów. Popatrz, jakie idealne. Te gazele... i myśliwi. Wyglądają jak żywi. I jak dobrze zachowały kolory. Mogą mieć nawet tysiąc lat i może jesteśmy pierwszymi ludźmi, którzy je oglądają.”

Na zdjęciu: Krzyż inkaski, który kupiłam od szamana z Peru.

„Robert sięgnął pod golf i wyjął łańcuszek. Rozpiął go i położył na dłoni. Były na nim dwie obrączki i krzyż. Niezwykły krzyż zrobiony z czarnego kamienia. Szerokie ramiona były równej długości, między nimi były dodatkowe, małe, kwadratowe, a po środku wyrzeźbiono otwór w kształcie koła. Na nim obrysowany był biały trójkąt.

Na zdjęciu: Góry Smocze (Drakensberg).

„Droga prowadziła przez majestatyczne góry wznoszące się wysoko w niebo, ale nie sięgające chmur. Góry Smocze należały do jednych z najstarszych na świecie i czas albo bogowie, jak wierzyli tubylcy, ściął ich wierzchołki. Bryły skalne były porozrzucane na przestrzeni niedającej się ogarnąć wzrokiem. (...) Podnóża gór porastały drzewa
i krzewy. Każdy skrawek piachu pochłaniała Matka Natura. Na maleńkich półkach skalnych rosły pojedyncze drzewa, które oplatały skałę korzeniami. Zatrzymali samochód, by nacieszyć się tym widokiem. Wokół nich nie było żywej duszy.”

Na zdjęciu: Formacje skalne w Mpumalandze, kanion rzeki Blyde.

„Dwie godziny później byli w sercu kanionu rzeki Blyde. Jeśli można powiedzieć, że Bóg lub Matka Natura mają swoje lepsze i gorsze dni, dzień, w którym stworzyli kanion, był jednym z najlepszych. Wysokie skały stały dumnie, błyszcząc w zimowym słońcu. Czas, wiatr i woda wygładziły ich boki, ukazując skały we wszystkich kolorach. Czerwień przenikała się z pomarańczem, żółć z delikatną zielenią.”

 Na zdjęciu: Potholes, kanion rzeki Blyde.

„Między skałami płynęła bystrym nurtem rzeka Blyde. Tam, gdzie dopływy walczyły o dominację z Blyde, skały musiały ustąpić naporowi wód. Woda wyżłobiła w nich dziury, przez które z pluskiem parła do przodu. Skały tworzyły mosty i tunele, małe, kamienne wysepki, a woda płynęła wartko przed siebie. Miejsce to zasłużyło na nazwę Potholes, czyli dziury. Była pora sucha, a to oznaczało nieskończony błękit nieba. Powietrze było przejrzyste, a słońce odbijało się w nurcie rzeki.”

 Na zdjęciu: Tree Rondavels, kanion rzeki Blyde.

„Stanęli  na skraju góry, nad stromą przepaścią. Wiktoria westchnęła z zachwytu. Pamiętała ten obraz z dzieciństwa, nic nie było w stanie go zatrzeć. Trzy okrągłe skały dominowały nad otoczeniem. Od góry przykrywały je stożki częściowo porośnięte trawą. To swojemu osobliwemu kształtowi zawdzięczały nazwę. Rondavel oznaczało afrykańską, okrągłą chatę krytą strzechą. Nad nimi pojawiło się kilka niewielkich obłoków. Na deszcz trzeba będzie poczekać do października. (...) - Doskonałe, prawda? – usłyszeli za sobą.”

Na zdjęciu: Hipopotam prezentujący śmiercionośne zęby.

„- Jakie słodziuchy – powiedziała Wiktoria. – I kto by pomyślał, że to takie groźne zwierzęta.

- Tak, ciekawe dlaczego natura wyposażyła trawożerców w zęby myśliwych – odparł Robert. - Cóż, na myśliwych to one są zdecydowanie za grube i za wolne, ale muszą się czymś bronić i nie życzę nikomu, by padł ich ofiarą. Te zęby potrafią rozerwać człowieka na strzępy w kilka minut – powiedział Johny.”

Na zdjeciu: Stado żyraf.

 

„- OK, poddaję się – powiedział Craig. - Lepiej popatrzcie na prawo, zobaczcie, jakie piękne żyrafy, cała rodzina. Faktycznie,u podnóża gór, na szerokiej sawannie rosło kilka akacji. Stado żyraf pasło się tam spokojnie, zupełnie nieświadome toczącej się obok dyskusji.”

Na zdjęciu: Wioska afrykańska, dzieci gotują papkę kukurydzianą.

„Wioska składała się z chat zrobionych z patyków. Półokrągłe dachy pokrywały kawałki skór, szmaty i foliowe worki, mające chronić mieszkańców przed deszczem. Stały na gołej ziemi, na której nie było jednego źdźbła trawy. We wsi nie było również żadnych drzew. Porastały za to okoliczne wzgórza. Mieszkańcy nie widzieli sensu w ozdabianiu wsi roślinami, skoro wokół było ich tak wiele.”

 Na zdjęciu: Addis Abeba, stolica Etiopii, podmiejskie slumsy. Tu ludzie żyją, handlują, umierają.

„By wjechać do miasta, musieli minąć kilometry blaszanych domków tonących w śmieciach i odpadach. Ludzie ze slumsów nie przywiązywali uwagi do estetyki miejsca, w którym żyli. Ich umysły zaprzątały znacznie poważniejsze problemy.”

 Na zdjęciu: Zagroda dla kóz w zuluskiej wiosce.

„Obok rosło drzewo avocado, ale nikt nie jadł jego owoców. Spadały na ziemię, gniły, z niektórych pestek wyrastały nowe drzewa. Czasem koza skubnęła zielony owoc.”

 Na zdjęciu: Kościół pod wezwaniem św. Jerzego w Lalibeli, Etiopia.

Fotograf: Tomasz Chojnacki

 

lang="PL">„- Co się stało? – spytał zafrapowany Bernard.

- Święty Jerzy nawiedził go w nocy i poskarżył się, że nie ma kościoła pod jego wezwaniem. - Święty Jerzy? Ten, co smoka włócznią pokonał?

- A jakże, ten sam. Odwiedzał go nocy kilka razy, aż w końcu Lalibela zrozumiał, że to nie sen, i kazał zbudować świątynię najwspanialszą ze wszystkich – krzyż wykuty w skale, w głąb ziemi i poświęcił go świętemu Jerzemu. Pokażę ci go po południu, gdy pójdziemy umieścić Matkę w jej nowym domu.”

Na zdjęciu: Jedna ze świątyń wykutych w skale w Lalibeli. Fotograf: Tomasz Chojnacki „Po obiedzie wraz z królem i najstarszym rangą templariuszem Bernard udał się do świątyń. Tak jak obiecał stary templariusz, były to dzieła sztuki najpiękniejszej roboty, wkute głęboko w skałę, z wejściami ukrytymi przed niechcianymi gośćmi. Bernard zrozumiał, dlaczego nazywano to miejsce Nowym Jeruzalem.

Na zdjęciu: Fragment księgi przechowywanej w Lalibeli, spisanej w języku amharskim. Fotograf: Beata Skorupa   „- Ależ to jest amharski! – wykrzyknęła. – Język Etiopii! Spójrz, Dagmara. Pamiętasz, jak ciocia Anissa uczyła nas pisać po amharsku, jak byłyśmy dziećmi? Mówiła, że to najpiękniejszy alfabet świata i bawiłyśmy się nim godzinami, a dzięki temu ona i mama mogły rozmawiać w spokoju! Pamiętasz? Dagmara wzięła szkło powiększające i obejrzała blaszki. Zobaczyła znajome znaki przypominające pozwijane wstążki. Faktycznie, alfabet amharski mogła uznać za najpiękniejszy na świecie,  przynajmniej wśród tych, które widziała.”

Na zdjęciu: Placek injera z typowymi dla Etiopii dodatkami.

Fotograf: Beata Skorupa

  „Służąca weszła do pokoju i oznajmiła, że obiad będzie gotowy za piętnaście minut. Anissa zaproponowała, by się odświeżyli, i wskazała im ich pokoje. Gdy wrócili,  zaprosiła ich do stołu. - Mój mąż jest w podróży służbowej w Dubaju, zjemy więc sami. Postanowiłam poczęstować was lokalnym przysmakiem – podniosła pokrywę znad półmiska. – To jest injera, placki, na które nakłada się mięso, warzywa, sosy, a potem je to wszystko razem. Uważajcie na ten czerwony sos, jest naprawdę ostry.”

Na zdjęciu: GGrupa kapłanów w Lalibeli. Fotograf: Beata Skorupa   „Pobyt w Lalibeli przeniósł ich w zupełnie inne czasy. Samolot, którym przylecieli, pochodził z innej rzeczywistości niż miasteczko ze swymi średniowiecznymi świątyniami, podziemnymi tunelami, zapachem kadzidła i palonych świec. Owinięci w długie szaty kapłani wędrowali ulicami, medytowali, siedząc w kucki, modlili się w kościołach. Nie dostrzegli wśród nich żadnych kobiet.”

Na zdjęciu: Kapłan z Lalibeli trzymający krzyże etiopskie. Krzyż po lewej symbolizuje „drzewo życia”. Zielone i czerwone płótna na dole krzyży osłaniają część symbolizującą Arkę Przymierza.

Fotograf: Beata Skorupa

„Krzyże etiopskie mają najbardziej osobliwe kształty i osobie, która nie wie, czym są, w ogóle krzyży nie przypominają. Niektóre mają kształt drzewa i nawiązują do legendy o Drzewie Życia, które podobno zasadzono na grobie Adama, pierwszego człowieka, i które rosło w Etiopii tysiące lat, aż wykonano z niego laskę Mojżesza, tę, którą rozdzielił wody Morza Czerwonego. Z głównego pnia krzyża wyrastają dwie gałęzie podtrzymujące koronę, w którą wpisany jest równoramienny, bogato zdobiony krzyż. Inne nawiązują swym wyglądem do Arki Przymierza i mają u podstawy kwadrat albo romb.” 

Highlights